jak_zainteresowac_dzieci_kultura_w_podrozy.jpg

Dorosły widzi Luwr, Wersal albo stare miasto i myśli o historii, sztuce oraz wyjątkowej okazji do poznania czegoś nowego. Dziecko może w tym samym czasie widzieć przede wszystkim kolejkę, zmęczenie i sale pełne rzeczy, których znaczenia jeszcze nie rozumie. Problem często nie tkwi więc w samej kulturze, lecz w sposobie, w jaki zostaje wpisana w rodzinny plan podróży.

Jak pokazują Smirla Ramos Montañez i Scott Pattison w publikacji na temat rodzinnego uczenia się w muzeach, wspólne zwiedzanie może obejmować nie tylko oglądanie eksponatów, ale też rozmowę, odpoczynek, ciekawość i bycie razem. Jeśli kultura stanie się częścią wspólnego odkrywania podczas urlopu zamiast obowiązkową lekcją poza szkołą, łatwiej stworzyć warunki, w których dziecko rzeczywiście będzie chciało poznawać nowe miejsca.

Nie próbuj zobaczyć wszystkiego podczas jednego dnia

Luwr, spacer po centrum, katedra, galeria i punkt widokowy mogą wyglądać świetnie w rozpisce, ale dla dziecka taki dzień szybko staje się serią kolejnych obowiązków. Lepiej potraktować jedną większą atrakcję jako główny punkt programu i wokół niej zbudować spokojniejszą resztę dnia. Szczególnie przy krótkim pobycie w mieście trzeba uwzględnić czas potrzebny na przemieszczanie się, posiłki i regenerację po długim spacerowaniu.

Nie ma przy tym większego znaczenia, czy wyjazd jest planowany z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem, czy wybór pada na wakacje last minute. W obu przypadkach warto zostawić w planie trochę przestrzeni na odpoczynek i spontaniczne zmiany. Taki rytm nie oznacza rezygnacji z muzeów czy zabytków. Daje natomiast dziecku poczucie, że rodzinny plan nie składa się wyłącznie z atrakcji wybranych przez dorosłych. Kiedy w ciągu dnia jest miejsce zarówno na kulturę, jak i na odpoczynek, kolejne punkty programu rzadziej zaczynają kojarzyć się z przymusem.

Zamiast mówić „patrz”, daj dziecku coś do odnalezienia

Spacer po obcym mieście staje się ciekawszy, gdy dziecko wie, czego właściwie szuka. Zamiast prosić, żeby przez kolejną godzinę oglądało fasady i zabytki, można zamienić trasę w małą misję. Pomocne bywają rodzinne gry terenowe, miejskie questy czy przygotowane wcześniej szlaki z zadaniami. Wtedy dziecko przestaje być tylko osobą prowadzoną od punktu do punktu – samo wypatruje szczegółów i decyduje, gdzie skierować uwagę.

Nie trzeba jednak korzystać z gotowej oferty. Rodzice mogą przygotować własną listę: sfotografować trzy zwierzęce rzeźby, znaleźć szczególnie stare drzwi, rozszyfrować nazwę placu albo sprawdzić, ile stopni trzeba pokonać, żeby wejść na wieżę. Zadania powinny być proste i różnorodne, żeby nie przekształciły się w kolejny obowiązek do wykonania.

Jak zaznaczono w opracowaniu UNICEF wspieranym przez The LEGO Foundation, dzieci zdobywają wiedzę również wtedy, gdy rozmawiają, samodzielnie szukają odpowiedzi i badają otoczenie. Dlatego gra czy lista wyzwań nie odciąga od poznawania miejsca. Przeciwnie – może sprawić, że architektura, zabytki i lokalna kultura zostaną odkryte poprzez ruch, obserwację i osobiste doświadczenie.

W muzeum nie zaczynaj od dat – zacznij od tego, co dziecko zauważy

Nie każde dziecko zainteresuje informacja o epoce czy nazwisku artysty, ale może bez trudu dostrzec dziwną minę, ukryte zwierzę albo błyszczący szczegół obrazu. Właśnie od takich obserwacji warto rozpocząć rozmowę o sztuce. Zamiast od razu wyjaśniać znaczenie dzieła, można pozwolić dziecku samodzielnie wskazać to, co wydaje mu się zabawne, niepokojące albo po prostu ciekawe.

Przy starszych dzieciach sprawdzają się pytania uruchamiające wyobraźnię. Jak mogła wyglądać ta scena moment wcześniej? Który szczegół jest najważniejszy dla całej sceny? Które dzieło mogłoby reklamować film? Jeśli na kilka prac przeznaczy się 30–60 minut, uważne oglądanie może dać więcej niż wielogodzinne przechodzenie przez kolejne galerie bez czasu na zatrzymanie się.

Dobrym wsparciem bywają również programy przygotowane z myślą o rodzinach. Smithsonian American Art Museum prowadzi „Art Detectives Family Tour”, oparty na zadaniach, wskazówkach i odkrywaniu historii ukrytych w prezentowanych pracach. To dobry przykład muzeum, w którym dziecko nie jest tylko odbiorcą informacji, ale aktywnie uczestniczy w poznawaniu sztuki.

Niech dziecko zbiera odkrycia zamiast zaliczać kolejne ulice

Miasto łatwiej zamienić w przygodę, gdy każdy fragment trasy prowadzi do kolejnego znaleziska. Dziecko może tropić małe figurki, szukać określonych symboli, robić zdjęcia odnalezionym obiektom albo zaznaczać następne punkty na mapie. Dzięki temu widzi, że spacer ma wyraźne etapy i cel, zamiast odbierać go jako długie przechodzenie od jednego zabytku do następnego.

Gotowe materiały do takich tras można czasem znaleźć w centrach miast, muzeach lub lokalnej informacji dla turystów. Bywa, że uczestnicy zbierają pieczątki albo po zakończeniu całej zabawy otrzymują drobną pamiątkę. Dobrym przykładem są wrocławskie krasnale i katowickie beboki. Podobnej atrakcji można szukać również podczas zagranicznego wyjazdu – w Budapeszcie w wielu miejscach można natrafić na miniaturowe prace autorstwa Mihálya Kolodki, inspirowane motywami z miejscowych opowieści i popkultury.

Największą zaletą takiej trasy jest możliwość połączenia dwóch perspektyw. Dorośli prowadzą rodzinę przez wybrane wcześniej place, mosty i ulice, a dziecko ma własny powód, żeby iść dalej: chce odnaleźć następnego bohatera. Miasto nadal jest poznawane, ale nie poprzez obowiązkowe oglądanie architektury, lecz przez kolejne małe odkrycia.

Znany bohater może być najlepszym przewodnikiem po nowym mieście

Zanim dziecko zobaczy nowe miasto na żywo, może już znać je z filmu, książki, gry, serialu albo piosenki. Warto wykorzystać właśnie te skojarzenia. Z Paryżem dziecko może łączyć Disneyland, bajkowe opowieści, modę lub wieżę Eiffla. Londyn może przywołać Paddingtona, czerwone autobusy i historie o rodzinie królewskiej, a Rzym – gladiatorów albo świat mitologii. Takie punkty zaczepienia są dla dziecka znacznie bardziej konkretne niż lista nazw zabytków.

Znajomy motyw może później poprowadzić do mniej oczywistych miejsc. Wizyta przy pomniku Paddingtona lub na stacji noszącej jego imię może zakończyć się spacerem po okolicy, przejazdem autobusem czy porównywaniem miasta znanego z opowieści z tym, które dziecko widzi na własne oczy.

Dziecko może również samodzielnie wybrać jeden punkt związany z tym, co już lubi, a dorośli dołączyć do niego pobliskie muzeum lub zabytek. Dzięki temu to, co dziecko już lubi i zna, otwiera drogę do poznawania miasta zamiast konkurować z rodzinnym planem.

Czasem więcej o miejscu mówi targ i kawiarnia niż kolejna muzealna sala

Dla dziecka lokalna kultura może zacząć się od rzeczy bardzo prostych: smaku nieznanego owocu, kilku słów usłyszanych na ulicy, zamówienia napoju w obcym języku albo książki znalezionej w miejscowej księgarni. Takie doświadczenia są bliskie codzienności, dlatego łatwiej je zauważyć i zapamiętać niż kolejną datę czy nazwę zabytku.

Rodzic nie musi znać historii sztuki ani stylów architektonicznych, żeby pomóc dziecku lepiej poczuć odwiedzane miejsce. Wystarczy wspólnie przyjrzeć się temu, co jedzą mieszkańcy, posłuchać brzmienia języka oraz obserwować sposób spędzania czasu i atmosferę ulic. W ten sposób poznawanie kultury nie przybiera formy kolejnych objaśnień, lecz staje się częścią zwykłego dnia podczas podróży.

Niech dziecko zaplanuje choć jeden fragment wyjazdu

Dziecko nie musi układać całego harmonogramu, żeby poczuć, że ma wpływ na wspólną podróż. Rodzice mogą wyznaczyć ramy, a w ich obrębie zostawić kilka konkretnych możliwości: rejs albo zamek, park albo punkt widokowy, spacer po centrum albo szlak związany ze znanym filmem. Już taki wybór sprawia, że kolejny punkt dnia nie jest wyłącznie decyzją dorosłych.

Starszemu dziecku można oddać większy kawałek planowania – poprosić o sprawdzenie dojazdu, wybranie miejsca na kolację, znalezienie ciekawego przystanku czy przygotowanie jednego etapu trasy. Młodszemu wystarczy prostsza decyzja, na przykład co odwiedzić najpierw. Po powrocie nie trzeba urządzać sprawdzianu z wycieczki. Lepiej zapytać, co najbardziej zaskoczyło, gdzie warto byłoby wrócić albo które miejsce dziecko poleciłoby komuś innemu. Wspomnienia utrwalają się wtedy przez rozmowę, a nie przez odpytywanie.

Lepiej wrócić z kilkoma dobrymi wspomnieniami niż z długą listą zabytków

Rodzinne wakacje nie muszą być konkursem na liczbę odwiedzonych miejsc. Czasem więcej zostaje w pamięci po jednej ciekawej wizycie w muzeum, zabawie na miejskim szlaku czy wspólnym odkrywaniu nowych smaków niż po całym dniu podporządkowanym kolejnym punktom programu.

Najważniejsze jest zaangażowanie dziecka i poczucie, że ma ono miejsce we wspólnej podróży. Jeśli poznawaniu miasta towarzyszą ciekawość, swoboda i dobre emocje, kontakt ze sztuką, historią oraz lokalną kulturą może stać się częścią wakacyjnego wspomnienia. Nie trzeba osiągać natychmiastowego zachwytu – wystarczy, że nowe miejsca nie zaczną przypominać kolejnego obowiązku.

Źródła:


Autor: M.K.
Artykuł powstał we współpracy z partnerem serwisu.

Strona ta wykorzystuje pliki cookies w celu realizacji swoich usług i funkcji zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz samodzielnie dostosować warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.